piątek, 27 maja 2011

Niedziela cz. 2

 Na wszelki wypadek, gdyby coś się stało - oczywiście ani przez moment w to nie wierzył - zostawił kartkę. Z prośbą o przekazanie żonie, gdyby. "Gdyby" nie mogło się stać, tym razem na pewno nie - granit podda się przed upływem dwóch godzin najdalej. Pisał kartkę szybko, parę słów. Kocham Cię, miła, to tylko tydzień, wybacz. 
 
*
 Autobus zjeżdżał z gór. Za chwilę zniknie i pojawi się tuż - tuż, zakręt zasłaniał drogę. Autobus wyłonił się nagle, klekocząc. Serce jej zadrżało. Stała nieporuszona, jedynie jej oczy robiły się większe. Bardziej uważne. 
Mężczyzna w ciemnej koszuli, którego już znała z widzenia, zbliżał się do niej powoli. Za szybko. Nie odwróciła jednak wzroku od drzwi autobusu, ale wszyscy już wyszli. 
Wyciągnął do niej rękę. Bez słowa. 
Wzięła od niego małą kartę papieru i nie patrząc na treść, stuliła w dłoni. 
A potem odwróciła się i poszła do domu. Kocie łby pod nogami śledziły ją aż do samych drzwi. Sięgnęła po klucz i otworzyła je. Podłogi lśniły. Garnki stały na kuchni. 
Otworzyła drzwi do sypialni. Wykrochmalona pościel pachniała. Podeszła do komody i otworzyła szufladę. Dopiero wtedy rozprostowała pieczołowicie mały kawałek papieru. Tarła go dłonią i uklepywała, żeby się wyprostował. A potem włożyła go do szuflady, z prawej strony, na kupkę takich samych karteczek, i zamknęła szufladę. 
Kolorową narzutą nakryła łóżko. 
Weszła znowu do kuchni i siadła przy stole. 
Do następnej niedzieli przecież tak niedaleko. Jeszcze tylko sześć dni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz