'' nie sztuką jest uśmiechać się, gdy w życiu wszystko idzie dobrze. sztuką jest odnaleźć uśmiech, gdy nic się nie układa. ''
Mój tata oświadczył, że wyjeżdża do Austrii.
- To jedyna szansa, Żabko. Teraz jeszcze mogę dostać azyl. Podam się za politycznego.
- Od kiedy to dają azyl za stanie przy budce z piwem?
- Nigdy we mnie nie wierzyłaś! Dlatego nie mogłem się zrealizować. Już dłużej tak nie mogę, duszę się, potrzebuję przestrzeni...
- Słyszycie dzieci? Tata szuka przestrzeni i dlatego od nas odlatuje.
- W kosmos? - zainteresował się Irek.
- - Właściwie tak, bo co to za różnica: Księżyc czy Wiedeń? I to właśnie teraz, przed komunią. Ale ty zawsze taki byłeś. Im ważniejsza impreza, tym lepszy występ.
- Daj, Żabcia, spokój, to nie tak... Nic nie poradzę, że dopiero wczoraj wydali mi paszport.
- Zawsze znajdziesz dobrą wymówkę. Ty, ty, cwaniaku intelektualny! Życie mi zmarnowałeś, a teraz zostawiasz!
- Przynajmniej już więcej nie zmarnuję. - Ojciec próbował żartować, ale dostał ścierką po głowie.
- Na milicję jutro pójdę i wszystko im opowiem! Nigdzie nie pojedziesz, dzieci nie będą sierotami!
- Jakimi sierotami? Przecież chcę wam zapewnić lepszy byt! Zarobię na poloneza i wracam.
- Na Księżycu mają polonezy? - zainteresował się mój brat.
- Irek, daj spokój! - wrzasnęła mama. - I ty też! - zwróciła się do mnie.
*
- Malinka?! No cześć, tatuś dzwoni!
- Tata? Tata Edek?!
- A znasz innego? - Fakt, nie znam.
- Co u ciebie? Skąd dzwonisz? Dać ci mamę albo Irka?
- Nie. Z tobą chciałem pogadać.
- A gdzie teraz jesteś?
- U siebie. To znaczy w Niemczech. W Hamburgu. Słuchaj, Malinka, będę się streszczał, bo licznik bije.
- Mów, tato.
- Widzisz, kupiłem sobie wideo i...
- Gratulacje - odezwała się z drugiego aparatu mama. Ojciec jeszcze nie skojarzył; znajomi często mylą nasze głosy.
- E tam, nic wielkiego. I widzisz, dziecko, instrukcja jest po japońsku i po angielsku. Tak się te żółtki wycwaniły. A ja znam tylko niemiecki. Przed moim wyjazdem zaczęłaś chodzić na angielski. To sobie myślę, że może byś coś pokumała.
Nie odezwałam się. Nie zdążyłam. Mama była pierwsza.
- Słuchaj, a jak ci się tam powodzi?
- Bardzo dobrze. Bo co?
- To załatw sobie tłumacza i jak najszybciej dobrego adwokata!
- Kto to? Kto to? Malinka?
- Nie, głos sprawiedliwości.
- Żabka.
- Właśnie ustaliłam twój numer a jutro dzwonię do Interpolu. Niech ci przypomną, że masz dwójkę dzieci.
- Ty mnie Interpolem nie strasz! Ja o dzieciach pamiętam. Tylko musiałem się najpierw odkuć, zarobić...
- Na poloneza, pamiętamy. Polonez, przestrzeń i wolność. Wstydu nie masz. Ani dziesięciu marek przez 15 lat! A twoja córka ma w święta zaręczyny. Sierota biedna.
- Mamo, jaka sierota. - zaprotestowałam.
- No właśnie - podchwycił ojciec - przecież żyję i pamiętam. Kiedy te zaręczyny?
- Na Szczepana.
- Ty tematu nie zmieniaj. Jak do soboty nie przyjedzie przekaz, to w niedzielę o świcie spodziewaj się nalotu policji.
- Nie będzie żadnej policji. Już dzwonię do mojego doradcy. Wyśle ci czek z samego rana.
- Lepiej, żeby tak było. Bo inaczej w sobotę zadzwonię do mojego doradcy i wyśle ci egzekutorów z Ukrainy.
-Nie będą, Żabciu, potrzebni. To jak, Malin, z tym tekstem?
- Daj go swojemu doradcy! - krzyknęła mama i rzuciła słuchawką.