- Chryste, to Ty?!
- Jaki Chryste? Pedro! Ale Twoja pomyłka mi pochlebia.
Staliśmy naprzeciw siebie, jakbyśmy mieli rzucić się sobie w ramiona po rozłące. Niemniej nie rzucaliśmy się. To coś znaczyło.
Bez uśmiech powiedziałam Pedrowi, że ma zbyt dobry humor. Nie wiedzę powodu do żartowania. Tak długo go nie było, że znów nauczyłam się żyć solo. Zastanawiam się, czy jest mi do czegoś potrzebny.
Poszarzał na twarzy. Zrobił gest, jakby pytał, czy ma odejsć, czy zostać, to dowód, że powinien odejść, wyjaśniłam z bólem serca. Czy nie da się nic zrobić, zapytał, przecież wciąż może być między nami inaczej. Lepiej. Mądrzej. Czyżby? Nie wiem, czy potrafię jeszcze raz zaufać. Wróciłem, powtarzał. Jednak wróciłem. Najszybciej, jak mogłem. Wiem, że zawiniłem wobec Ciebie, nie jestem Ciebie wart, ale bez Ciebie jestem... Nie, nie jestem, Kochanie! Mnie bez Ciebie nie ma! Powinnam wskazać Ci drzwi.




















































