środa, 22 lutego 2012

JON cz.3


Usłyszał pukanie do drzwi. W drzwiach ujrzał młodą Murzynkę. Przypomniał sobie usłużnego barmana i z uznaniem pokiwał głową. Zaprosił ja do środka. Pachniała inaczej niż tamta kobieta w łóżku. Przed północą dziewczyna nieśmiało przyjęła zaproszenie na przekąskę. 
Miała na imię Dillah. Kochali się wiele razy, tej nocy oraz następnej i następnej. Pojawiała się późnym wieczorem i zostawała do rana. 
Kiedy opuszczała go o świecie po czwartej wspólnie spędzonej nocy Jon sięgnął do portfela i wyjął dodatkowy banknot, 50 dolarów, na widok których jej oczy rozszerzyły się z zaskoczenia.
- Nie, nie. - powiedziała cicho. - Nie dawaj mi tego.
- Dlaczego?
- Barman. 
- Oddajesz mu część, rozumiem.
- Nie...
- Co nie?
- To on...
- Co on?
- On mi płaci. Od klienta. Stałą sumę.
- Ile?
- 8 dolarów.
- Przecież możesz to schować i nic nie mówić barmanowi. To tylko dla ciebie, jak napiwek.
- Nie mam gdzie tego schować. Gdyby tylko się dowiedział, nigdy nie dostałabym pracy. Nie mogę ryzykować.
- A tu? - zapytał Jon, muskając dłonią linię dzielącą jej piersi.
- On... sprawdza.
- Rewiduje cię?
- Wszystkie nas sprawdza. Nie możemy ryzykować. Czy mam przyjść jutro?
- Tak. Przyjdź, proszę.
- Do widzenia.
- Do widzenia, Dillah. 
Jak miękko brzmiało jej imię. Zatęsknił do niej, choć dzieliło ich nie więcej niż kilkanaście kroków. 
- Dillah... czy mógłbym coś dla ciebie zrobić? - zapytał cicho, głosem niezamierzenie podobnym do tego, którym ona próbowała dowiedzieć się jego życzeń, kiedy się kochali. Wyciągnęła fotografię i podała mu gwałtownym ruchem całego ramienia. Wziął ją niechętnie.
- Co to jest? 
Na zdjęciu ujrzał czarnoskóre dziecko.
- Moja córka, Winnie. Chcę, byś ją stąd zabrał. 
- Zwariowałaś? 
- Zabierz ją stąd, proszę cię. Ona nie może tu zostać.
- Co ja maiłbym zrobić z dzieckiem? Dillah, jestem kawalerem, pracuję, jak ty to sobie właściwie wyobrażasz? 
- Znajdź dla niej jakąś rodzinę! Mówiłeś, że jesteś dziennikarzem, że przyjechałeś tu, by o nas napisać, pokazać, udzielić pomocy. Zabierz ją stąd!
- Nie mogę tak po prostu zabrać stąd dziecka! Istnieją jakieś przepisy, prawo...
- Podpiszę ci każdy papier, bylebyś tylko ją stąd zabrał.
- To nie wystarczy, Dillah!
- Wystarczy! Często pojawiają się tu ludzie, którzy zabierają dzieci. Wystarczy podpisać papier!
- Nie!
- Ona nie może tak żyć jak ja. Wkrótce nie będę mogła jej nawet zapewnić opieki. moja matka niedługo umrze, Winnie zostanie sama w domu, kiedy ja pójdę pracować. Nawet, jeśli nie zachoruje, prędzej czy późnej znajdzie się jak ja na ulicy. Jeśli nic się nie zmieni, stanie się z nią to samo, co ze mą. 
- Przecież może pójść do szkoły, uczyć się... Taką pomoc mógłbym ci być może zorganizować.
- Nie! jestem prostytutką! Oni o tym wiedzą! Jestem prostytutką dla białych! Już teraz plują za mną na ulicy!
Jon wstał, by nalać sobie drinka. Podszedł do okna i przez żaluzję wyjrzał na ulicę. Wychylił szklankę trzema łykami i odwrócił się w stronę łóżka.
- Więc przyszłaś tu do pracy - powiedział cicho. - Chcesz zarobić swoje osiem dolarów czy nie?

Najchętniej zadzwoniłby do Evelyn. Wiedział, ze ona kazałabym mu zrobić wszystko, by uchronić dziecko Dillah. Evelyn na pewno zrozumiałaby Dillah, przynajmniej część jej myślenia, jej poświęcenie i bohaterstwo. 
czekał na Dillah wieczorem, ale się nie pojawiła. Dillah zostawiła mu fotografię córki. 
"Nie mogę tego wynieść - powiedziała, wspominając barmana. - On by znalazł, kiedy będzie mnie sprawdzał przy wyjściu. Zrobię jej następne zdjęcie, to kosztuje połowę mojego zarobku. Cztery dolary."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz