sobota, 25 lutego 2012

Grób numer 459, JON

Kierowca, który zgodził się zawieźć Jona do odległej dzielnicy slumsów, był zdenerwowany. Nie odzywał się słowem.
Wejście do chaty zagradzała żelazna krata osadzona w niepewnych zawiasach. Coś, co Dillah nazwała domem, przypominało dwa zestawione kioski z gazetami. Jon podszedł do kraty. Z kierowcą umówili się przy końcu ulicy, którą czasami przejeżdżali policjanci. Kierowca twierdził, że dla niego i samochodu będzie tam bezpieczniej.
- Dillah.. - zawołał cicho Jon przez kratę. - Dillah, to ja. Dillah, chcę zrobić zdjęcia twojej córki. Otwórz mi, proszę cię.
Ostrożny szelest dotarł do niego z wnętrza chatynki.
- Dillah, otwórz, specjalnie po to przyjechałem.
- Dzień dobry. Nie powinieneś tu przychodzić.  To źle, że tu przyszedłeś.
- Zastanowiłem się nad tym wszystkim. Chcę ci pomóc, Dillah, i po powrocie do mojego kraju zrobię wszystko, co będę mógł, dla twojego dziecka.To potrwa jakiś czas i w ten sposób i ty będziesz mogła zastanowić się, czy rzeczywiście chcesz oddać komuś córkę. Zrobię jej dużo zdjęć do gazet oraz opowiem o niej w moim radiu. Wiem, że zgłosi się ktoś porządny, komu można zaufać, a wtedy z pomocą mojej siostry załatwimy legalną adopcję - jednak tylko wtedy, gdy nadal będziesz tego chciała. Jeśli się nie zdecydujesz, zorganizuję dla niej inną pomoc, tu, na miejscu.

Pierwszy kamień był jedynie zaczepką.Rzucił go mały chłopiec, który wyciągnął rękę po pieniądze lub cukierki. Jon nie miał przy sobie słodyczy i pożałował tego natychmiast, nazywając się idiotą. Nie miał też drobnych pieniędzy. Ten pierwszy kamień, rzucony z odległości kilkunastu metrów, trafił go w plecy. Jon stanął i odwrócił się w stronę dziecka. W chłopcach rozpoznał sąsiadów Dillah. Dillah, pożegnawszy go,  zatrzasnęła żelazną kratę.
- What's a matter, boys? - zapytał Jon, udając spokój.
- Chłopców masz w hotelu, ojczulku. I kurwy też masz w hotelu. Możesz tam się z nimi pierdolić, nie tu. Tu jest za brudno dla ciebie.
Fuck to całkiem ładne słowo, przeleciało przez myśl Jonowi.
- Nie przyszedłem się pierdolić.
- Przyszedłeś do tej kurwy tylko tak, w odwiedziny?
- W odwiedziny.
Kolejny kamień uderzył go od tyłu w ramię i Jon obejrzał się odruchowo, katem oka dostrzegając Dillah, zastygłą w przerażeniu na progu domu.
- Przyszedłeś ją może sfotografować?
- Może.
- Sfotografujesz mnie? I moich kolegów?
- Jeśli chcecie.
- Zrób to. Zrób nam dużo zdjęć.
Najpierw czarny pozował do zdjęć sam. Robił małpie miny i rozśmieszał. Potem zaprosił do zabawy dwóch swoich kolegów.
- Nie powinieneś zmienić już filmu, białasku?
- Jeszcze nie.
- Pokaż!
Chłopiec wyrwał mu aparat, otworzył go sprawnie i pokazał tłumowi jego puste wnętrze.
- Widzicie? - krzyknął. Nasz gość kpi sobie z nas, tylko udaje, że robi nam zdjęcia, jak czarnym małpom, które i tak nic nie zrozumieją!
Rozległy się pojedyncze gwizdy i złowrogie śmiechy. Czarny popatrzył Jonowi w oczy i znienacka kopnął go mocno w podbrzusze. 
- Masz coś jeszcze? - zapytał, pochylając się na Jonem, zwiniętym z bólu w pyle ulicy. Magnetofon, na który nie mógłbyś na nagrać? Pieniądze, których nie chciałbyś nam dać?
Z barku odpowiedzi, szarpnął koszulę Jona i wyrwał mu z kieszeni europejski paszport i legitymację prasową. Rzucił je w górę, a wtedy wypadł z paszportu ostatni dwudziestodolarowy banknot.
- Tylko tyle? Więcej nie masz? 
Jon pokręcił głową. Jakiś chłopiec kopnął Jona w nogę.
Jon jeszcze raz pokręcił głową. 
Naświetlone filmy ze zdjęciami czarnego dziecka rozsypały się po ziemi i pomieszały z kamieniami. Jeden z kamieni był  większy od innych i bardziej ostry. Ugodził mężczyznę w miejsce na czole tak, że stracił przytomność i nie czuł już, jak gwałtowna struga krwi zalewa mu oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz