A zaczęło się tak. Weszłam do sklepu ze spodniami. Zgarnęłam kilka par i lecę do przymierzalni.
- Dokąd to z tymi eskami? – zagrodziła mi drogę ekspedientka, rozmiar XXS. – Chce pani porozrywac?
- Dlaczego? – zapytałam niewinnie.
- Bo pani nosi emkę, na oko co najmniej 38, a po pizzy to może i ze 40.
Tego samego dnia podjęłam decyzję o diecie. Czekałam tylko na jakąś znaczącą datę. Pierwszy maja, ostatni dzień roku, imieniny miesiąca. Mam: 15 grudnia. Urodziny Ewki. Wcześniej wykupiłam pół sklepu ze zdrową żywnością. Ustaliłam plan diety. Rano płatki na mleku sojowym. Szklanka pepsi max. Potem obiad: jajko plus szklanka pepsi. Podwieczorek: tofu i szklanka pepsi. Kolacja. Jaka kolacja?
Przez 2 dni chodziłam dumna i blada. Pękłam trzeciego dnia. Łupało mnie w głowie po mleku. Trzeciego dnia stanęłam na wadze. Ani grama mniej. Tyle mordęgi na nic. Burczenie w żołądku. Koszmary o bitej śmietanie. Trzęsącym palcem wykręciłam numer Telepizzy. Zamówiłam jedną dużą ze wszystkimi dodatkami. Była akurat promocja i dostałam drugą dużą, Margaritę z oliwkami. Zjadłam obie. Popiłam piwem, a potem leżałam rozwalona jak jamnik. Pełna pizzy i pogardy do siebie.
Kolejną próbę podjęłam po świętach. W domu nie ma szans, żeby schnąc. A już przy Staszku, facecie mamy? Nie ma szans najmniejszych. Wystarczy, że zostawię na talerzu niedokładnie obgryzione kości z kurczaka, a już rozpoczyna kazanie o głodującym ludzie Korei Północnej.
Po Nowy Roku stanęłam na wadze. Cztery kilo do przodu. 6 stycznia. Trzech Króli. Zaczynam znowu. Dobra data. Znalazłam całkiem nową dietę. Jesz co godzina, dzięki temu więcej spalasz, no i co godzina masz coś w ustach.
Wytrzymałam tydzień. Postanowiłam gdzieś wyjśc, by nie patrzec na lodówkę albo na zegarek. Wpadłam do Jolki.
W następnych dniach nadziewałam kiszki wszystkim, co wpadło mi pod rękę. Mieszałam niczym alchemik. Baton popity piwem, kapusta kiszona podlana maślanką, łazanki z majonezem. Na samo wspomnienie puchnie mi wątroba.
Pora na następną próbę. 19 stycznia. Nie kojarzy się z niczym, dla odmiany. Wybrałam dietę gruszkową. Cały bilans wynosił 1240 kalorii. Jadłam te gruszki przez tydzień. Zwymiotowałam na sam widok żółtobrunatnej papki naszpikowanej goździkami. I to był koniec diety.
Pod koniec ferii zajrzała do mnie Ewka.
- Rany, wyglądasz jak ofiara przemocy w rodzinie. Wyskakuj z dresu. Przenosisz się do mnie.
Wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy. Ewka notowała coś na karteluszku.
- Co skrobiesz?
- Regulamin pobytu w mojej klinice.
Kiedy siedziałyśmy w tramwaju Ewka dała mi do przeczytania kartkę. Kurczę same zakazy. Zakaz wstępu do kuchni i stołowania się na mieście.
Zakaz podjadania litościwych koleżanek.
Zakaz mówienia o diecie.
Zakaz przeliczania wszystkiego na kalorie.
Zakaz jedzenia do lustra.
Zakaz kupowania za ciasnych ubrań.
Zakaz stawania na wadze.
Mieszkałam u Ewki 2 miesiące i tylko dzięki niej nie ważę dziś tony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz