(..) Wyrwałam jej z ręki mikrofon i wskoczyłam na środek sceny. W ciemnościach naprzeciw bardziej słyszałam, niż widziałam zebrany tłum.
- Lutku, gdzie jesteś?! - wrzasnęłam do mikrofonu. - Tu jestem! - odkrzyknął mi głos po lewej. - Tutaj! - wsparł go głos po prawej, jeszcze bardziej podbity. - Tu, tu, tu! - wołali inni ze wszystkich stron. Krótko mówiąc - amfiteatr bawił się szampańsko! - Lutku, wiem, że tam siedzisz! Wiem, że jesteś jedynym człowiekiem na widowni, który mi nie odpowiedział! Zrób to, błagam cię! Jestem winna! Przeze mnie się rozstaliśmy, przeze mnie wyjechałeś, przeze mnie jestem teraz nieszczęśliwa! Lutku!
Lutek się nie odezwał. Łzy ciekły mi po twarzy jak groch.
- Naprawię to, co zepsułam, Lutku! Przysięgam ci! Ale nie mogę tego zrobić bez ciebie! Tak się nie da! Wybacz mi, proszę! Kiedyś dałam ci szansę, pamiętasz? Gdy mnie o nią prosiłeś, dałam ci ją! Teraz jesteś mi ją winien, Lutku, dobrze o tym wiesz! Pięć minut! Takich samych pięć minut! A potem zrobisz, co zechcesz!
Odczekałam moment, ale odzew nie nastąpił! Może Lutka już tam nie było? Ale nie przerywałam, bo nie miałam siły, żeby odejść bez niczego.
- Wierzyłam, że ty jeden mnie nie oszukasz, Lutku! Dlaczego nie ostrzegłeś, że znikniesz? Ludzie nie znikają w taki sposób! Miała być rzeczywistość, a co to jest? W rzeczywistości ludzie nie znikają ni z tego, ni z owego! Nie pozwól, żeby tak było, Lutku! Zabierz mnie stąs z sobą! Pokaż mi się chociaż! Niech w końcu nastanie ta zakichana rzeczywistość! Obiecałeś!
Teraz krążek światła wędrował po ludziach. Żaden z nich nie był jednak Lutkiem. Żaden nie wstał z miejsca, nie dał mi znaku.
- Lutku! - wrzasnęłam do nich. - Kocham cię!
- Nie krzycz takich rzeczy do ludzi, Do, bo potem żaden melodramat im się nie spodoba! - odezwał się za moimi Artur Żmijewski. Nie, dzięki Bogu! Nie Artur Żmijewski! Tylko jego głos, którym odezwał się do mnie ktoś absolutnie, ale to absolutnie inny! Ktoś nieporównywalnie inny! Upuściłam mikrofon i rzuciłam się Lutkowi na szyję. Całowaliśmy się z zamkniętymi oczami, bez tchu. Obawiałam się, że zaraz umrę na scenie jak Molier. Kompletnie odjechałam w ramionach Lutka, toteż długo nie mogłam się zorientować, skąd w amfiteatrze wziął się taki wielki szumiący wodospad? Aż zrozumiałam. Chryste! W życiu bym nie przewidziała, że mój pocałunek z Lutkiem będzie oklaskiwało dwa i pół tysiąca ludzi. Pohukiwali, wstali z miejsc.
- Co robisz Lutku? Spójrz na tych ludzi! Przecież jesteś nieśmiały!
- Widocznie mnie uleczyłaś - oddyszał.
- Dajmy lepiej spokój. Nie tutaj. To jest w końcu bardzo intymna chwila. Z ciemności dwa i pół tysiąca gardeł wyło unisono: "Biiiiis! Biiiiis!" No to zabisowaliśmy na odchodnym. A niech mają!
- Lutku, gdzie jesteś?! - wrzasnęłam do mikrofonu. - Tu jestem! - odkrzyknął mi głos po lewej. - Tutaj! - wsparł go głos po prawej, jeszcze bardziej podbity. - Tu, tu, tu! - wołali inni ze wszystkich stron. Krótko mówiąc - amfiteatr bawił się szampańsko! - Lutku, wiem, że tam siedzisz! Wiem, że jesteś jedynym człowiekiem na widowni, który mi nie odpowiedział! Zrób to, błagam cię! Jestem winna! Przeze mnie się rozstaliśmy, przeze mnie wyjechałeś, przeze mnie jestem teraz nieszczęśliwa! Lutku!
Lutek się nie odezwał. Łzy ciekły mi po twarzy jak groch.
- Naprawię to, co zepsułam, Lutku! Przysięgam ci! Ale nie mogę tego zrobić bez ciebie! Tak się nie da! Wybacz mi, proszę! Kiedyś dałam ci szansę, pamiętasz? Gdy mnie o nią prosiłeś, dałam ci ją! Teraz jesteś mi ją winien, Lutku, dobrze o tym wiesz! Pięć minut! Takich samych pięć minut! A potem zrobisz, co zechcesz!
Odczekałam moment, ale odzew nie nastąpił! Może Lutka już tam nie było? Ale nie przerywałam, bo nie miałam siły, żeby odejść bez niczego.
- Wierzyłam, że ty jeden mnie nie oszukasz, Lutku! Dlaczego nie ostrzegłeś, że znikniesz? Ludzie nie znikają w taki sposób! Miała być rzeczywistość, a co to jest? W rzeczywistości ludzie nie znikają ni z tego, ni z owego! Nie pozwól, żeby tak było, Lutku! Zabierz mnie stąs z sobą! Pokaż mi się chociaż! Niech w końcu nastanie ta zakichana rzeczywistość! Obiecałeś!
Teraz krążek światła wędrował po ludziach. Żaden z nich nie był jednak Lutkiem. Żaden nie wstał z miejsca, nie dał mi znaku.
- Lutku! - wrzasnęłam do nich. - Kocham cię!
- Nie krzycz takich rzeczy do ludzi, Do, bo potem żaden melodramat im się nie spodoba! - odezwał się za moimi Artur Żmijewski. Nie, dzięki Bogu! Nie Artur Żmijewski! Tylko jego głos, którym odezwał się do mnie ktoś absolutnie, ale to absolutnie inny! Ktoś nieporównywalnie inny! Upuściłam mikrofon i rzuciłam się Lutkowi na szyję. Całowaliśmy się z zamkniętymi oczami, bez tchu. Obawiałam się, że zaraz umrę na scenie jak Molier. Kompletnie odjechałam w ramionach Lutka, toteż długo nie mogłam się zorientować, skąd w amfiteatrze wziął się taki wielki szumiący wodospad? Aż zrozumiałam. Chryste! W życiu bym nie przewidziała, że mój pocałunek z Lutkiem będzie oklaskiwało dwa i pół tysiąca ludzi. Pohukiwali, wstali z miejsc.
- Co robisz Lutku? Spójrz na tych ludzi! Przecież jesteś nieśmiały!
- Widocznie mnie uleczyłaś - oddyszał.
- Dajmy lepiej spokój. Nie tutaj. To jest w końcu bardzo intymna chwila. Z ciemności dwa i pół tysiąca gardeł wyło unisono: "Biiiiis! Biiiiis!" No to zabisowaliśmy na odchodnym. A niech mają!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz